Lucyna Krzemieniecka O bukowym zmartwieniu

Był sobie wielki las. I rósł sobie w tym lesie wysoki buk. Buk był bardzo piękny, a że to była jesień, więc liście miał jasnobrunatne i połyskujące. Gdy mu w zielonych torebkach dojrzały buczynowe orzeszki, powiedział głośno, niby to do kolegów dębów, a niby to sam do siebie: - O Mam zmartwienie. Gdyby nie to, że wciąż w miejscu stoję, poszedłbym i zakopał w ziemię te nasionka swoje, żeby nowe buki z nich wyrosły. Przyleciał wiatr. -- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Zaszumiał i siedemnaście brązowych orzeszków buczyny, co już dojrzały i ledwie w torebkach się trzymały, upadło na ziemię. Wiatr poleciał, a buk znowu mówi głośno, niby to do kolegów dębów, a niby to sam do siebie: -- Mam zmartwienie. Gdyby nie to, że wciąż w miejscu stoję, poszedłbym i zakopał w ziemię te nasionka swoje, żeby nowe buki wyrosły. Usłyszała to wiewiórka i mówi: -- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Ale buczku, buczuniu jedyny, daj mi garstkę buczyny, bo ja to strasznie lubię, dobrze?