Legenda warszawska cz.2
Zapachniało w rannym powietrzu jałowcowym dymem i wędzoną rybą. Zaraz też głód dał znać o sobie księciu. Skwapliwie orzestąpił próg rybackiej chaty, chyląc głowę pod niziutką strzechą. W dymnym mroku przy ogniu smolącym garnki powitała niespodziewanego gościa młoda kobieta z dwojgiem niemowląt przy piersi. Posiliwszy się rybną strawą, zgotowaną przez kobietę, siadł książę przed chatą. U stóp płynęła rzeka. Rzekł książę mazowiecki ubogiej rybaczce: -- Niech chłopiec zwie się Warsz, a dziewczyna Sawa. Skarczować1 każę i zaorać ziemię i dam ją w uprawę War-szowi i siostrze jego. Z pracy ich rąk stanie tu wieś. Że wsi gród wyrośnie nad inne grody. Kobieta, słuchająca tych słów, wielkimi oczami patrzyła na księcia, na wodę; widziała, jak z fali wiślanej wstaje uśmiechnięta Panna Wodna i szepce: -- Będzie to miasto pierwsze w całym kraju, nad inne wywyższone. Bo nie łupy wojenne, bo nie skarby królewskie podwalinami tego miasta będą, ale praca. Praca prostego człowieka, rybaka, który to miejsce pod dom rodzinny obrał i pierwszy je umiłował. Tak szeptała przed wiekami Syrena, opiekunka przyszłego grodu Warsza i Sawy.